Ostatni numer

Numer 18/12

Menu

Może być trudna, nie musi być nudna czyli garść refleksji o systematyczności

Gdy się mówi o pracy nad sobą, o wykuwaniu swojego szczęścia, nie da się pominąć tematu systematyczności. Zyskała ona nawet poczesne miejsce w teologii moralnej, bo przecież cnotę definiuje się jako "łatwość w czynieniu dobra", czyli dobry nawyk, dobre przyzwyczajenie. Chciałabym "podać dalej" mądrość nadesłaną przez dwoje spośród czytelników.
Pierwszy, niemal wzruszający jest list napisany przez pewnego maturzystę, na którego spadły podczas minionych wakacji nieoczekiwane obowiązki...
Jeszcze w maju wydawało mi się, że będę miał najdłuższe w życiu wakacje, niedługo potem miałem wrażenie, że cały świat się na mnie zawalił, a teraz jestem pewien, że przeszedłem szkołę życia w pigułce. Ale po kolei... Jestem najmłodszym z czwórki rodzeństwa, moja najstarsza siostra ma już 33 lata i jest matką trójki (od niedawna) dzieci. Znaczy dwaj moi bratankowie urodzili się: jeden przed siedmioma, a drugi przed pięcioma laty, a niedawno przyszła na świat moja siostrzenica. Z jakichś zdrowotnych powodów moja siostra z nowonarodzoną córeczką musiała wyjechać do uzdrowiska i pojawił się problem: co zrobić z chłopcami. Niby nikt mi niczego nie narzucał, ale dla mnie to stało się oczywiste: mam się nimi zająć. Rzeczywiście, początkowo własną decyzję traktowałem jako dopust Boży, podjąłem ją w wolności, ale w poczuciu współczucia wobec rodziny mej siostry: jej mąż jest kierowcą autokarów jeżdżących za granicę i często jest poza domem. Zawsze lubiłem dzieci, ale nigdy nie miałem okazji przebywać z nimi nieustannie: dzień i noc, bez żadnej przerwy, całymi tygodniami. Łatwo się z nimi pobawić, nawet nietrudno przygotować i podać im jedzenie, nawet nauczyłem się sprawnie ich kłaść spać (taka dygresja: zawsze, gdy pamiętałem o porządnej modlitwie przed snem to zasypianie bratanków było chwilą, pewnie chodzi o uspokojenie serca). Najtrudniej było z tymi chwilami, w których trzeba "się zebrać do wyjścia", albo skończyć jakąś zabawę i zająć się czymś innym. Korzystając z wielu mądrych rad mego taty i z uwag mego szwagra (zdaje się tak nazywa się męża siostry) zacząłem uczyć chłopców systematyczności i samodyscypliny (niekoniecznie używając tych nazw). Nie będę się dzielił stosowanymi metodami, bo one chyba zależą od osoby, od jej temperamentu i okoliczności życia. Ale teraz już wiem (a piszę te słowa pod koniec sierpnia), że taka praca, choć początkowo żmudna, przynosi szybkie efekty! Chłopcy sami zauważyli, że życie stało się fajniejsze, gdy widzą, jak szybko im przychodzi zrobić coś, z czym jeszcze przed dwoma miesiącami marudzili. I nawet nie wiem, czy należy mi się nagroda: mam za darmo pojechać ze szwagrem na jakąś zagraniczną wycieczkę...


fot.www.sxc.hu

To doświadczenia młodego wychowawcy. Teraz o odkryciach pewnej narzeczonej:
Nie wyszłam jeszcze za mąż, a już Staśkowi (mojemu narzeczonemu) zawdzięczam bardzo dużo. I to wcale nie chodzi o prezenty, którymi mnie obsypuje. Chodzi o jedno zdanie, które raz uczciwie wypowiedział, a teraz konsekwentnie stosuje w życiu. Zacytował po prostu Jana Pawła II, który kiedyś powiedział do młodzieży: "Musicie od siebie wymagać, nawet, gdyby inni od was nie wymagali". Stasiek sam to zdanie stosuje, a teraz, dzięki niemu, przestałam się spóźniać, umiem odpowiednio wcześniej zacząć się czesać i robić makijaż, by nikt na mnie nie czekał przy wyjściu itp. Dziękuję Panu Bogu za Staśka!
Małgorzata z Poradni Rodzinnej